Dubaj jak z kart science fiction

By Madamka • Dubaj • 11 Sty 2017

Burj Kalifa jest najsłynniejszym budynkiem dubajskim. Wybrałam się podziwiać go pod koniec dnia, tak, by jeszcze obejrzeć jego strzelistą sylwetkę w świetle słońca, które tu jest zawsze rozproszone, przytłumione odrobinkami pustynnego piasku unoszącego się w powietrzu. Ze stacji metra poprowadzono długi, zadaszony i klimatyzowany łącznik, przez szyby, zza wieżowców wyglądają smukłe, złociste wieże budowli.
Dojście trwa długo, można w trakcie dostrzec, że w tyle ciągle trwa budowa, może powiększają centrum handlowe. Całe miasto zresztą to wielki plac budowy, żurawie i dźwigi są widoczne dosłownie w każdym kierunku, gdzie kieruję wzrok.
Podobno 30% wszystkich światowych dźwigów znajduje się w Dubaju. Wielkie rozbudowywanie trwa, ale nie przeszkadza w normalnym życiu, jest czysto i schludnie, chwilami dostrzegam klomby stale zraszane i świeżo zielone.
Wreszcie łącznik się kończy i …. zaczyna się przestrzeń wielkiego centrum handlowego Dubay Mall –112 hektarów ekskluzywnych sklepów z najróżniejszymi towarami. Na ogół nie ekscytuję się takimi miejscami, ale tu zboczyłam do części z obuwiem, gdzie na wydzielonym kawałku przestrzeni ulokowały się największe marki obuwnicze, same wielkie nazwiska, Manolo Blahniki, Chanele, domy mody angielskie i francuskie, i inne. Małe mam w tym rozeznanie, ale buty piękne, więc nie żałowałam godziny spędzonej na ich podziwianiu, bo to było jak wizyta w galerii sztuki.
Niektóre części tego kompleksu są naprawdę ładne, stylizowane na stary bazar, ozdobione złotymi kolumnami, a nawet podświetlonym szkieletem dinozaura. Atrakcji dla oka nie brakuje.

W tymże mallu zbudowano ku uciesze klientów wielkie akwarium dostępne za biletem studirhamowym. Idzie się tunelem, nad głową tony wody, no i ryby przeróżnej wielkości, ławice małych i rosłe tuńczyki, rekiny, manty. Widać je także przez wielkie szyby od strony galerii kręcące się w kółko w tym szklanym pudle, które choćby nie wiem jak by duże nie było, nie jest wystarczające dla wielkich stworzeń. Bardzo to jest przygnębiające, w ogóle nie rozumiem, jak można jakąkolwiek istotę skazać na wieczną niewolę w błysku sztucznych świateł i hałasie muzyki. Ludzkość to byt prymitywny i bezduszny. Zawsze mam taką refleksję, gdy widzę zoo, albo muzeum przyrodnicze pełne wypchanych zwłok, albo takie akwarium w sklepie.
Dwie stacje dalej jest jeszcze wielki Mall of Emirates, gdzie można pojeździć na nartach na sztucznym stoku (trzeci co do wielkości kryty stok narciarski), a w planach jest kolejny mall , przeogromny, jak miasto w mieście, bo Dubaj handlem stoi, funkcjonuje z sukcesem kilka wielkich centrów, co widać najlepiej w styczniu w trakcie tzw festiwalu handlowego, na który przylatują rzesze.

Udało mi się ostatecznie dotrzeć pod Burj Kalifa i zachwycić się jego smukłą, rytmicznie paskowaną figurą w kolorze starej miedzi. Jest naprawdę piękny, wznosi się kilkoma stopniowo zanikającymi wieżami, by na końcu swej imponującej wysokości (823 m) dziurawić niebo iglicą. U jego stóp małe jezioro zamknięte dookoła miejską tkanką. Po zmroku fronton budynku pulsuje kolorami, raz jest zielony, raz czerwony lub we wzory. Mnie jednak najbardziej podoba się w swym zwykłym miedzianym, w którym jak cenny klejnot nobliwie lśni w niebiosach. Taki pokolorowany trąci jarmarcznością.

Z barów i restauracji można znad talerza obserwować pokaz fontann, który od zmierzchu, co pół godziny, podnosi wodę na spore –ale nie 130-o metrowe, jak zachwalają w internecie– wysokości. Zajrzałam do kilku źródeł przygotowując ten wyjazd i spodziewałam się Bóg wie jakiej atrakcji, skoro piszą o tym pokazie: niesamowity. Prawdopodobnie nie byli i nie widzieli, bo nie jest wcale imponujący. Krótki, ledwo 3 -4 minuty, woda w porywach wznosi się nie wyżej niż na 40 metrów i żadnych kolorów, jednobarwne. Oparty o relingi tłum filmuje i fotografuje. Zawiedziona pierwszym pokazem, choć muzyka była miła, etniczna, zostałam na kolejny, do dźwięków Time to say Goodbye i w końcu poszłam sobie z poczuciem niedosytu pchana i ściskana w gromadzie turystów, którzy, jak ja, mieli do pokonania powrót tą samą drogą do stacji metra.

Wagony metra, bez względu na porę doby są zatłoczone, milczący tłum cierpliwie czeka końca podróży. Wielu pasażerów nie dostaje się do wnętrza pojazdu, brak tu tak typowego dla Japonii upychacza, który prosi ludzi o zrobienie miejsca przy drzwiach, więc tam się zwykle szpilki nie wciśnie, podczas gdy środek jeszcze niewypełniony. Na szczęście kursy są dosłownie co kilka minut, nie czeka się długo. Obserwowałam z uwagą ludzi, wyglądają tak samo jak w metrze w Londynie, czy Paryżu, pozbawieni oznak przynależności kulturowej w stroju, czy fryzurze. Wszyscy ubrani europejsko, ciemno, pochyleni nad swoimi komórkami, niemi. Wszyscy są przybyszami, dlatego językiem powszechnym jest angielski. Głównie Azjaci, nie wiem, czy widziałam podczas tego pobytu choć jednego Dubajczyka, raczej wątpię.
Podobno szejk rozumiejąc, że turyści chcieliby ich gdzieś zoczyć, oferuje im pensje trzy, cztery razy większe niż zwykłe tylko po to, by stanęli gdzieś za ladą lub za barem. Informacji tej udzielił mi sympatyczny młody Polak, który mnie odprawiał na dubajskim lotnisku i dodał, że nikt nie lubi z nimi pracować, bo bardzo lekceważą pracę.
–O, właśnie idzie jeden! –dodał wskazując ręką, ale dostrzegłam tylko tył białej galabiji.

Z okien wagonu widziałam futurystyczną zabudowę, przeogromne 50-ciopiętrowe wieżowce ze szklanymi lub lustrzanymi frontonami ciasno upchnięte jeden przy drugim wyspowo między hektarami niskiej architektury handlowej . Wyświetlają się neonami nazwy wiodących marek motoryzacyjnych, auta Alfa Romeo, Bugatti, Ferrari, Porsche i co tam jeszcze najcenniejsze z tego działu stoją za szybami salonów samochodowych lśniąc jak klejnoty i czekając na któregoś z potomków nomadów.
Teraz tym się poruszają, wielbłądami ekscytują się tylko w czasie wyścigów, które są sportem narodowym. Ciekawostką jest, że ostatnio zaczęto używać elektronicznych dżokejów, a nie chłopców sprowadzanych z Azji. Na zdjęciach i w TV widać na grzbietach wielbłądów niewielkie skrzyneczki zamiast jeźdźca.
Włączam telewizor wieczorem w hotelu, główny kanał reklamuje Dubaj, jego atrakcje i szejka, dobroczyńcę narodu. Na pozostałych kanałach lecą amerykańskie filmy w oryginale, a na jednym, czy dwóch publicystyka w języku narodowym. Piękny Arab w chuście nienagannym angielskim zapowiada powiększenie powierzchni handlowej, powiększenie zatrudnienia, rozbudowę lotniska, przedłużenie metra i w ogóle powiększenie i generalną ekspansję.

Zaglądam do internetu ciekawa tych planów i czytam:
W lutym 2005 roku rozpoczęła się budowa Dubai Waterfront, który będzie 2,5 razy większy niż Waszyngton (D.C.) i siedem razy większy od Manhattanu. Dubai Waterfront będzie stanowił kompleks kanałów oraz wysp pełnych hoteli i budynków mieszkalnych. Cały projekt spowoduje wydłużenie linii brzegowej kraju o 500 mil. W kompleksie znajdzie się także Al Burj, jeden z najwyższych planowanych budynków na świecie, o wysokości przekraczającej 1 km.
Ha!

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.