Filipińska Wigilia, czyli podróż do Afryki

By Madamka • Filipiny 2014 • 25 Gru 2013

Boże Narodzenie spędzam w małym miasteczku Sagada w głębi wyspy Luzon. To górska okolica, więc temperatury o kilka stopni niższe. W nocy odczuwam chłód, przykrywam się śpiworem i odkrywam, jaka to przyjemność czuć ciepło, zamiast parnej wilgoci utrudniającej sen.
Jadąc tu widziałam wiele oznak zbliżających się Świąt. Filipińczycy w przeważającej części są katolikami, więc posługują się podobną do naszej symboliką, żeby opisać swe uczucia. Szopki bożonarodzeniowe, rozświetlone wieczorami choinki, figury Mikołajów, przewiązane wstążeczkami pudełka prezentów i nawet plastikowe zaspy, a temu towarzyszące życzenia: „Merry Christmas!”
Ale w dzień Wigilii nie odnajduję tej atmosfery skupienia i odświętności, którą celebrujemy w Polsce. Ludzie do wieczora pracują, zajęci codziennością.
O zmroku na placyku przy pension, gdzie mieszkamy, zaczynają rozbrzmiewać rytmiczne dźwięki.To grupa chłopaków organizuje fiestę. Podziwiam ich przemyślność w tworzeniu instrumentów – jeden uderza w metalową pokrywkę, inny wali w miskę, któryś wybija rytm na bębenku, pozostali wydobywają dźwięki z kawałków drewna, metalu i plastiku. Tańczą przy tym w kółko, wybijając rytm stopami, wpatrzeni w ogień płonący w przenośnym piecyku. Popijają mocne lokalne piwo o nazwie „Red Horse”, może też coś innego, co wprawia ich w dobry humor.
Hałas, który czynią, szybko zmienia się w harmonijną, rytmiczną muzykę, przenosimy się do Afryki, przeprowadzamy do jaskini. Zanurzam się w pierwotność, ten rytm wprawia w trans, rozbrzmiewa w mózgu.
Późnym wieczorem rodzina z Manili spędzająca tu święta zaprasza na kolację świąteczną. W menu makaron, ryż, grillowany boczek, wieprzowina adobo (duszona we własnym tłuszczu z cebulą),ryba, ciasto, cola i wino. Wszystko to przygotowała pani domu i w plastikowych pojemnikach przywiozła ze stolicy. Spędzam z nimi z przyjemnością dwie godziny. Są uprzejmi, żywo zainteresowani naszą podróżą, uśmiechnięci, jak chyba wszyscy Filipińczycy. Gdy o północy wstaję by pójść do kościoła, wyjaśniają, że tu pasterka zaczyna się o 22-ej, nie o północy. Kładę się więc do łóżka i w półśnie słucham afrykańskich rytmów, z którymi wkrótce zaczynają współbrzmieć piania licznych kogutów, zamieszkujących bliższe i dalsze ogródki.
– Ale fajnie!- wzdycham, wkładam korki do uszu i zasypiam.

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.