Fremantle, miasteczko z przeszłości

By Madamka • Australia 2016 • 24 Lip 2016

Germaine Greer, jedna z czołowych australijskich intelektualistek, nazwała Australię zawładniętym obsesją sportu, pozbawionym pierwiastka intelektualnego podmiejskim pustkowiem. Wiadomo, że wywołała tym stwierdzeniem burzę, sam premier się odniósł, nazwano ją żałosną, ale ja jej wierzę.
To w końcu jej kraj, zna go dobrze i wie, co mówi. Co do pierwiastka intelektualnego, nie jestem jeszcze pewna, choć pewne przemyślenia się nasuwają, jak tylko się włączy telewizor, więc raczej tego nie robię, ale co do sportu i pustkowia, całkowicie się z nią zgadzam. Zwłaszcza pustkowie jest dołujące.
Tym większą radość miałam z pobytu w starym portowym miasteczku Fremantle, położonym u ujścia rzeki Swan do Oceanu Indyjskiego. Zostało założone w maju 1829, a więc nieco wcześniej niż pobliskie Perth, którego fundacja nastąpiła 12 sierpnia.
W miasteczku stoi pierwszy stały budynek z tego czasu, Okrągły Dom, w którym było więzienie z kilkoma ledwie celami i pręgierzem.
Dziś jest to ludny i gwarny kurort, pełen sklepików, kawiarenek i galerii. Turyści z Azji, tych jest większość, turyści z innych rejonów, a także miejscowi z Perth, siedzą w kawiarnianych ogródkach, spacerują w zabytkowym centrum, robią zdjęcia, kupują.
Zjeść tu można w licznych barach i restauracjach, czasem są to malutkie na dwa stoliki knajpki azjatyckie, a czasem wielkie szopy na dziesiątki stołów. Królują owoce morza. Zjadłam w porze obiadu potrawę typową dla anglosaskiej kultury — fish and chips — i była mdła i bez konsystencji, ale że jeszcze mi się nie udało tego dania gdzieś zasmakować, więc nie przeżyłam rozczarowania. Chociaż powinnam, bo wielka reklama głosiła,że to jest najlepsze fish and chips na świecie, probably.
W wielkiej hali targowej, przed którą występowała urocza śpiewaczka, przelewały się tłumy dążące od stoiska do stoiska, od knajpki do knajpki. Po tygodniach osamotnienia było to niemal zmysłowe doznanie tak tłoczyć się i poszturchiwać w hałasie muzyki, rozmów i nawoływań sprzedawców.
Dotarłam też do lokalu, gdzie w ogromnej przestrzeni, prócz części restauracyjnej, mieści się warzelnia piwa. Ściągnął mnie tu industrialny widok wielkich srebrnoblaszanych kotłów i rur wijących się między nimi. Piwo tu warzone, ciemne i jasne, podawane jest w cenie ok. 11 dolarów za 0,5 litra. I był to właściwie jedyny lokal, gdzie ludzie coś pili, w innych jedynie jedli, a z butelek na stolikach stały tylko smukłe flaszki coli.
Fremantle jest stylowe, jak stare wiktoriańskie miasteczko, ze swymi dwupiętrowymi kamieniczkami o zdobnych , barwnych fasadach i handelkach w parterach. Ze sklepików wypełzają na chodniki różne wakacyjne towary, pamiątkowe gadżety, odzież, torby i buty.
W lodziarniach i ciastkarniach kuszą kolorowe słodycze.
Napotkałam w swej wędrówce przez miasto dwa kościoły, jeden z nich był sporą, zgrabną katedrą, niestety oba zaryglowane. Czekałam przeszło pół godziny przed drzwiami katedry, pewna, że tak piękna sylwetka musi zawierać równie piękne wnętrze, ale choć doczekałam się otwarcia, nie znalazłam tam rzeźb, ani obrazów, kto by je tu stworzył. Sklepienie za to — cudne, drewniane, wklęsłe — połyskiwało tłustawym brązem nad nawą.
Na czas deszczu, a dzień był trochę dżdżysty, skryłam się we wnętrzu galerii z aborygeńskimi obrazami. Wystawiają tam artyści już uznani,co się przekłada na ceny, tu już w tysiącach dolarów. Sympatyczny właściciel opowiedział, że ściąga te obrazy z różnych pustynnych rejonów środka kontynentu, że artyści zamalowują płótna po prostu rozłożone na ziemi, cierpliwie wykropkowując farbą swoją ideę. Najczęściej przedstawiają swój los, albo świat w formie schematycznej mapy, gdzie wiją się ścieżki życia między miejscami ważnymi dla danego człowieka, albo społeczności.
Ponieważ nie odczytuję tych tropów, przemawia do mnie jedynie forma, barwa i faktura.
Gdy na niebo wróciło słońce, ja wróciłam do snucia się ulicami, dotarłam w pobliże portu i zaintrygowana ścieżką z żółtawych kostek wbudowaną w chodnik dowiedziałam się w końcu, że to linia wody sprzed lat. W ciągu dwóch prawie wieków ludzie odebrali morzu spory kawał przestrzeni, jakieś dwie przecznice.
W końcu zaczęło zmierzchać, wsiadłam do pociągu i opuściłam żegnana widokiem wielkich, czerwonych koni trojańskich, dźwigów portowych. Stoją tam stalowe, czteronożne, to porównanie po prostu się narzuca. Nawet pyski mają wyraźne, z kabin operatorów zrobione.
Myślę, jaka dywersja dzisiaj mogłaby się w nich ukryć. Z pewnością australijska bezpieczna i zasobna rzeczywistość jest kusząca i warto by było się do niej dobrać.
Mnie jednak nie pociąga. Wolę swoje stare kąty. Ale może z czasem?

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.