Leniwa niedziela we włoskim miasteczku.

By Madamka • Włochy 2017 • 24 Kwi 2017

Rankiem kawa pita na tarasie w towarzystwie słońca, co jeszcze nie nagrzało powietrza, więc trzeba się okryć. Minut nie liczę, czas jest mój. Woda powoli lazurowieje, chmury bieleją i odpływają, zostaje niebieskość w dwóch odcieniach, ciemniejsza – morza, jaśniejsza – nieba. Potem śniadanie przy otwartych oknach, z zewnątrz  poranny hałas, pociąg, auta, ptaki. Ale niedzielny, cichszy, łagodniejszy, ludzie jeszcze śpią.

I zbieramy się na spacer przez miasteczko, którego czarne, brukowane uliczki tak miłe dla stóp. Powoli docieramy do kościoła na piazza, msza się już kończy, młodzi śpiewają melodyjny utwór, jakby z repertuaru Druppiego. Nastrój pogody wynosi ze świątyni nawet ten pies, który modlił się razem ze swą panią, chociaż ukryty pod ławką. W górę i w dół, robiąc jeszcze trochę zdjęć, idziemy niespiesznie na wschodni skraj Pizzo, gdzie  też nabożeństwo, a że kościół był zamknięty przy naszej ostatniej bytności, wchodzimy i zostajemy do końca ceremonii, bo jakoś miło.

Tuż za miasteczkiem, niedaleko, kusi atrakcja w postaci starego kościółka Piedigrotta pełnego figur świętych, apostołów i św. Rodziny. W centralnym miejscu umieszczono obraz Maryi z dzieciątkiem słynący uzdrowieniami.  Miejsce nań wybrał Bóg, a kaplicę kuł Angelo Barone, potem jego syn, a potem kolejno wnuk. Świątyńka stoi prawie na piasku, więc dalsze nasze powolne wędrowanie tam się kieruje.

Rogale niewielkich  plaż łączą się cieńszymi końcami i  ich łańcuch oddziela niebieskość  wody od zieleni wzgórza. Niesprzątane, takie techniczne bardziej, z których łodzie idą w morze, oddzielone od bijących fal głazami falochronu, z piaskiem grubym i słonym, stały się naszym łożem na kilka południowych godzin. Zapadam w nieświadomość ukołysana biciem fal i rozgrzana słońcem, do którego trzeba się tak ustawić, żeby jak najmniej sięgało skóry, bo chce opalać .

Powrót tą samą drogą, co wcale nie jest nudne. Niespiesznie, cienistą stroną uliczek, zaglądając do wnętrz małych sklepików, oglądając  stragany, co się przy niedzieli ustawiły na placu, kierujemy się do domu .

Jeszcze tylko przystanek na ławce nad  zatoką na podziwianie widoku i w końcu  wino  na tarasie ze spektaklem zachodu słońca, i  dolce far niente, jak i przez cały ten uroczy dzień. Wakacje, wakacje…

 

Tags: ,

2 Responses

  1. Anonim

    Kiedy Międzyzdroje? Ja byłem wczoraj, R.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.