Mazurskie przyjemności, coś dla ducha i coś dla ciała

By Madamka • Polska • 31 Lip 2017

Dzień trzeci: piątek
Od rana radość, bo nareszcie nie pada! Jeszcze wilgoć na trawie i mokre drzewa, ale blask w powietrzu, więc humory dobre. Urokliwa droga wiedzie nas przez mazurski las do słynnej leśniczówki Pranie, gdzie małe muzeum poświęcone Gałczyńskiemu. Sama leśniczówka jest typowym okazem budownictwa ceglanego mazurskiego, więc warto ją już choćby z tego względu zobaczyć. Gości wita napis: Uwaga! Teren zagrożony poezją! Od razu dobrze się tam poczułam. Jak w każdym muzeum są tam zdjęcia i dokumenty, fragmenty rękopisów i przedmioty należące do poety. Na podwórku ustawiona mała scena i rzędy ławek, bo się tu odbywają poetyckie imprezy. Srebrny Konstanty uwieczniony w brązie patrzy na to siedząc na pieńku i można się z nim sfotografować. Bardzo fajne miejsce, w dole jezioro, a wokół barwne kwiaty.

 

 

To było coś dla ducha, a teraz coś dla ciała! Odbędziemy spływ kajakowy Krutynią! Od lat miałam takie marzenie, więc skoro jest pogoda, nie ma co odwlekać. Krysia się wzdraga, ale ona zawsze taka mala, więc ja decyduję, że płyniemy i już. Rzeczka płytka, woda przejrzysta, cisza, kaczki i łabędzie, w toni śmigają rybki, słowem – czysta przyjemność. Na początku wiosłowanie idzie nam niesporo, każda macha wiosłem w swoim tempie, ale ponieważ płyniemy z prądem, to i bez wiosłowania nurt nas zaniesie do celu, więc się nie martwię. Ale gdzieś w połowie dystansu zerwała się burza, grube krople tworzyły bańki na wodzie – od dziecka tego nie widziałam – i najpierw trochę pod drzewem kotwiczyłyśmy, ale i tam padało, więc zdecydowałam jako kapitan tej łódki, że ciepła woda nas nie rozpuści i że trzeba przeć do przodu. Wiosłowanie szło nam już dużo sprawniej i dotarłyśmy całe i mokre do przystani po trzech godzinach. To był taki króciutki spływ, ale pełen radości. Każdemu polecam tę rozrywkę.

 

 

Kilka ledwie kilometrów dalej leży Pisz, miasteczko, gdzie spędziłam szczęśliwe 2,5 roku w młodości, jadę więc zobaczyć stare śmieci. A tam wszystko inne! Sam dojazd inny, bo drogi nowe, miasteczko inne, czyste, pomalowane, stare wyburzone, nowe zbudowane, cała miejska tkanka przekształcona, odmieniona.
To Rynek!- mówię – Ale tu nie było tego ratusza!
Musiał być – siostra na to – przecież widać, że stare mury.
Myślę, wspominam i chyba był, ale taki szary, niewidoczny, a teraz ozdobiony pomarańczowymi szlaczkami wychynął z nicości, zaistniał. I ze wszystkim tak. Rozpoznałam kościół, dom kultury wcale się nie zmienił, urząd miasta i policję, gdzie paszport wyrabiałam, przedszkole, do którego krótko chodził Adzik, ognisko muzyczne Ani, pocztę, ale szkoły, w której pracowałam już nie znalazłam. Do tego stopnia wszystko tam jest inne. Osiedle, gdzie mieszkaliśmy, bardzo się zagęściło, te kilka starych bloków z tamtych czasów zniknęło w nowszej zabudowie, wszędzie asfalt, place zabaw, duża szkoła, a sam budynek ocieplony, otoczony zielenią jest różowy, a nie żółty, jak niegdyś.

Była to wzruszająca i pouczająca wycieczka. Wszystko płynie, mówi filozof. I nie wejdzie się ponownie do tej samej rzeki. Nie da się, rzeka już zupełnie inna. W ten sposób zintelektualizowałam tęsknotę za młodością, bo czym innym było pragnienie zachowania wszystkiego w dawnym kształcie?  i ruszyłam dalej. Jeszcze mi Biała Piska mignęła, gdzie niemieckiego uczyłam i Kolno, skąd kafle do łazienki przywoziłam, a potem kurtyna zapadła nad przeszłością i skoncentrowałam się na drodze, zwłaszcza, że mi gps się popsuł, ale bez paniki na stacji kupiłam nowe coś, co łączy smartfona z autem, nie wiem co, ale ten pan, co mi sprzedał, wiedział, bo do auta podszedł i sprawdził. Wszędzie są życzliwi ludzie, podróżuj kobieto bez obawy.

170 km dalej zacumowałyśmy w Kruszynianach, tatarskiej wiosce tuż przy granicy z Białorusią

Tags: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.