Na wschodnich rubieżach Polski

By Madamka • Polska • 31 Lip 2017

Dzień czwarty: sobota
Okropnie niemiłe uczucie, gdy się nie dostaje tego, co się należy. A nie dostałam, bo nocleg w Willi pod Lipami marny, siatek antykomarowych brak, brudno niestety i mam podejrzenie, że nie jestem pierwszą użytkowniczką tego prześcieradła, na którym spałam. Pokój zamówiłam przez internet, nie spodziewałam się niespodzianek, bo instytucja agroturystyki już ma u nas długą tradycję i zwykle poziom tej usługi jest zadowalający, aż tu nagle ta pod lipami willa w Kruszynianach i już spadek zaufania gotowy. Może Tatarzy mają inne normy czystości?
Same Kruszyniany, ot wioska, chałupy, zachwaszczone przydroża, coś się wali, coś budują, ale meczet niebieski jest i kompleks hotelowy Tatarska Jurta, gdzie smacznie jeść dają, a to już poprawia humor po złej nocy. W drewnianym budynku meczetu przewodnik Dżamil nieco nerwowo opowiada o społeczności tatarskiej, skąd ona tu, jak sobie radzi, co się zmienia, co nie zmienia. Wszystko bardzo ciekawe, ale rzut oka wystarczy, by się upewnić, że jedno na pewno się nie zmienia: dalej kobiety w odsuniętym pomieszczeniu, za firanką, ” żeby się nie rozpraszały”- jak tłumaczy.  Nawet w kościele mają  gorsze miejsce. Wkurzona idę na śniadanie do Tatarskiej Jurty, a tam smakołyki na słono i na słodko, pyszne, świeżo uwarzone, niedrogie. Słońce plecy nagrzewa, w brzuchu manty, jakieś pierogi, coś jak lazania, wszystko czosnkiem doprawione, pyszne, więc co ja będę się wyzwoleniem kobiet zamartwiać? Później się tym zajmę.

 

Koło południa wyruszamy wreszcie najpierw do Krynek, bliziutko, żeby oczy nacieszyć rondem, od którego 12 ulic odchodzi, drugie takie dopiero w Paryżu, a jeszcze tam świątynie trzech wyznań i takie też cmentarze. Wszystko oglądamy, synagogę ze smutkiem, bo już się nikt tam nie modli, a to wywołuje u mnie poczucie dziury w czasie i przestrzeni. Katolicy i prawosławni uszli z życiem i ich świątynie działają, a cmentarze powoli się zaludniają.

 

 

Parę kilometrów dalej Supraśl, kwintesencja wschodniej polskości, ciche, niskie miasteczko, dwa kościoły, w każdym ślub, siedziba teatru Wierszalin, latem niestety nieaktywna, drewniane domy, kuchnia kresowa. Na miejscowym deptaku ludzie w knajpkach, stylowe latarnie, nastrój spokojnej
prowincji. W Supraślu działa muzeum ikon i tam spędzamy godzinę słuchając i oglądając, jak się ikony pisze, jaka ich symbolika, jaka historia, jak rozpoznać na nich Jezusa, dużo ciekawych wiadomości, a najbardziej zaskakująca, że 90 % zbiorów muzeum pochodzi z konfiskat przemytu z granicy białoruskiej. Muzeum ikon dotyka nowo zbudowanego kompleksu cerkiewnego, więc tam zachodzimy, ale ściany cerkwi jeszcze nagie, cementowe, dużo czasu upłynie zanim ozdobią je zwyczajowe malowidła. Cerkiew nowa, bo starą Niemcy wysadzili w powietrze przy pomocy trzech wozów trotylu, gdy uciekali gonieni przez Rosjan. Wraz z jej cudnymi freskami i cudowną ikoną Madonny.

 

 

W sobotnie letnie popołudnie Białystok bardzo dobrze się prezentuje. Szerokie deptaki w centrum pełne knajpek, ludzi tłumy, bo trafiamy na występy w ramach festiwalu muzyki, sztuki i folkloru. Młody zespół tańczy coś góralskiego , a po niej miejscowa formacja Danceart, apetyczne dziewczyny zgrabnie się poruszające w rytmach hinduskich, kolorowe jak motyle.
W dużej cerkwi nieopodal trwa nabożeństwo, celebruje kilku popów w złotych ornatach, śpiewy liturgiczne w starocerkiewnosłowiańskim, powtarza się refren Gospody, pomyłuj. Większość kobiet głowy nakrywa chustką. Odchodzimy, gdy wierni długim ogonkiem stają do ucałowania ikony, bo to dużo ludzi i trochę potrwa. Obchodzimy stoiska, w których swoje dzieła wystawiają ci, co wyszywają, tkają, szyją, a najdłużej nam schodzi przy stoisku z dekupażem, takie te prace ładne.
Przed imponującym czerwonym kościołem, na wysokich schodach, fotografuje się duże wesele. Z drugiej strony kremowe mury Pałacu Branickich, który zwiedziłyśmy wcześniej przyklejając się do jakiejś grupy z przewodniczką. Sama historia tej rodziny jest bardzo ciekawa, muszę o tym koniecznie poczytać. Pałac różne koleje przechodził, wojna go zniszczyła, obecnie jest siedzibą uczelni. Ma piękne schody podtrzymywane przez dwóch atlasów, a z tyłu ogród w stylu francuskim, gdzie się sporo ludzi kręci.
Bardzo pozytywne wrażenie wywarł na mnie Białystok. Wszędzie czysty, dużo zieleni, odnowiony, jakoś im się udało ukryć przemysłowe przedmieścia typowe dla miast, tu ich nie zauważyłam.

 

 

Wieczór już, trzeba na nocleg, a ten przypadkowo wybrany. I bingo! Agroturystyka Ranczo w Pasynkach po prostu mnie zachwyca. Jest jak z marzenia o agroturystykach. Gospodarstwo solidne, drewniane, rozległe, ukwiecone, ze stawkiem, kamiennymi ścieżkami, wystawą starych sprzętów rolniczych i domowych. Jest nastrój.  Na łące zwierzęta, daniel, kucyk, kudłate owce, kury i pawie. Sympatyczny gospodarz większość prac sam wykonał i dziwię się jak, bo teren rozległy i dużo tu zrobione. Zimą kuligi organizuje, latem przewozy, traktor przerobił na kolorową ciuchcię, bardzo przedsiębiorczy. Pokój dostałyśmy wygodny, czyściutki, pościel
świeża, łóżko miękkie, słowem polecam bardzo.
Dla mnie to wzorowa placówka, cena średnia, 60 złotych/ osoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.