Napić się wina, gdzie je produkują

By Madamka • Australia 2016 • 6 Sie 2016

Leżę w łóżku i rozkoszuję się tym. Czuję ciepłą śliskość kołdry, miękkość poduszki, przewracam ciało z boku na bok, odpowiada głuchym bólem od strony kręgosłupa. Więc zastygam w bezruchu, oddaję się miłemu procesowi zdrowienia. Za szybą blada jasność zimowego australijskiego dnia, a we mnie ani krztyny wyrzutów sumienia z powodu takiego lenistwa. Zmęczyłam się wczoraj.

Pojechałam na południe, 700 kilometrów w obie strony, wzdłuż wybrzeża, aż do latarni morskiej na cyplu Leeuwin, gdzie spotykają się dwa oceany, co obrazuje drewniana tabliczka przy nadbrzeżnej ścieżce. Strzałka w lewo –Południowy, strzałka w prawo — Indyjski.
Nad brzegiem pikuje w niebo biały walec latarni morskiej, która tu stoi od 1895 roku i z wysokości 56 metrów nad taflą wody ostrzega światłem przed niebezpiecznym, pełnym zdradliwych skał i silnych fal morzem. Jest to najwyższa latarnia w Zachodniej Australii i przybywa tu wielu turystów, by ją fotografować.
Niestety, nie dało się wejść na wierzchołek, drzwi były zamknięte, żałuję. Być może przyczyna tkwi w tym, że jest to obiekt nadal działający, czyjeś miejsce pracy, a może akurat jakaś wycieczka wypełniła małą przestrzeń na górze.
Na dole widoki były jednak równie piękne. Niebieskie morze okraszone białymi grzywami rozprysków w miejscach, gdzie woda rozbija się o podwodne skały. Łachy jasnego piasku wzdłuż linii wody i nad nimi gęsty kożuch zielonego buszu. W oddali kremowe budynki Augusty, niewielkiej miejscowości wypoczynkowej, która była popularna w poprzednim wieku. Dziś jest elegancka i droga. Ceny gruntów są bardzo wysokie, ale domy na nich, podobnie jak w reszcie kraju, niskie, schowane w zieleni. Uliczki opadają malowniczo ze wzgórza w kierunku morza.
W wodach w pobliżu przylądka Leeuwin można podobno obserwować wieloryby, ale nie miałam szczęścia, choć jest na nie sezon.
Okolica w pobliżu usiana jest jaskiniami, z których obejrzałam Mammoth, pełną stalaktytów i stalagmitów, z odsłoniętymi ze skały zębami stworzenia sprzed 44 tysięcy lat.

Głównym celem mojego wyjazdu był region winiarski Margaret River, skąd pochodzi przeszło 20 % produkcji wina w Australii. Próbowałam kilku rodzajów, jest niezłe. W licznych winiarniach, do których z drogi kierują drogowskazy, można testować trunki, kupować je, a także zjeść obiad, co wszystko uczyniłam.
Centrum regionu, miasto Margaret, które wzięło swą nazwę od burej rzeki je przecinającej, niczym szczególnym się nie wyróżnia, wystarczy godzina na obejrzenie rzędu sklepów wzdłuż głównej ulicy ozdobionej szpalerem jesiennie barwnych drzew.

Ciekawym miejscem do zatrzymania się jest za to Busselton, nadmorskie miasteczko znane z mola, najdłuższego na całej południowej ziemskiej półkuli. W ciągu 95-u lat rozbudowy, aż do roku 1960 stworzono podest o długości 1841 metrów! Wygląda imponująco, wędruje w głąb wody daleko, zwężając się w perspektywie. Można się po nim przejść lub przejechać czerwoną mini-kolejką, a na końcu czeka atrakcja w postaci podwodnej sali, skąd można obserwować życie morskie.

Większość tego dnia zajęło mi jednak siedzenie w autokarze, pokonałam w końcu spory dystans. Ponownie przyjrzałam się krajobrazowi. Płasko, schludnie, zielono. Na rower idealnie.
Z gąszczu buszu wyrastają drzewa, wszystkie jednakowe, z wąskimi, długimi liśćmi, prawie pozbawione pnia, niewysoko nad gruntem rozdzielające się na mnogość konarów, w czym przypominają krzewy bardziej, niż prawdziwe drzewa. Połowa konarów sterczy w górę suchymi, łysymi gałęziami. To najbrzydsze drzewa, jakie znam. Takie nieporządne, rozczochrane.
Na szczęście są jeszcze araukarie, matematycznie rozplanowane, uwielbiam.

Dotarłam do domu przed północą i od tamtej pory się restartuję, miłe zajęcie.

Tags: , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.