Pizzo nad morzem Tyrreńskim

By Madamka • Włochy 2017 • 22 Kwi 2017

Trochę perturbacji po drodze: brak pieniędzy na karcie, ratunek od Pawła, błądzenie, aż  w końcu osiągamy nasz cel — mieszkanie w Pizzo niedaleko Lamezii, które będzie naszym schronieniem na najbliższy tydzień.

Z tarasu widać wyraźnie stożek wulkanu Stromboli, nad którego kraterem unoszą się chmury gazu. Sterczy z morza, widać go lepiej o zmierzchu, niż w dzień, a rankami znika zupełnie i zastanawiam się, czy jest tam naprawdę. Bardzo to jest miłe usiąść z kieliszkiem miejscowego Ciro i patrzeć na dymiący wulkan.

Pizzo to niewielkie miasteczko rozłożone na zboczu wzgórza, które schodzi tarasowato ku morzu. Zbocze przecięte jest trzema równoległymi do morza drogami, zmienić poziom jest dość trudno, trzeba szukać schodów, a te ukryte między budynkami. Zapytać raczej nie ma kogo, ludzie tu nie mówią po angielsku. W końcu po długim spacerze docieramy do starówki stłoczonej na niewielkim terenie  u stóp góry. Wąskie uliczki, w których zawsze miły cień, odrapane domy kryte rdzawymi dachami, pranie powiewające ze sznurków rozciągniętych wzdłuż okien, mnóstwo doniczek z kwiatami. Domy stłoczone, bryły ustawione pod różnymi kątami, by najlepiej wykorzystać cenną przestrzeń. Sąsiedzi mogliby zaglądać sobie do wnętrz, tak wąsko tu wszędzie. W parterach sklepiki i warsztaty, pracuje tapicer i wytwórca naczyń z metalu, którego gotowe dzbanuszki lśnią w promieniach światła. Wyczuwa się zapach pleśni z wnętrza zabytkowych domostw, a z ogródków upojny zapach kwiatów pomarańczy i akacji. Schodzimy powoli w dół raz po schodach, raz stromą pochylnią uliczki, aż docieramy do Piazza de Republica, centrum tutejszego życia turystycznego, gdzie liczne knajpki, pod parasolami rozstawione stoliki, zagadujący kelnerzy, zapach kawy. W górze słońce, a w dole bladordzawe dachy domów, błękit morza i żółtość plaży. Chciałoby się tak siedzieć bez końca w ciepłym słońcu nasycając się kolorami i historią. Roztacza się stąd piękna panorama na całą  zatokę, zielone wzgórza z beżowymi plamami wiosek, szare nitki szos i białą kolumnadę wysoko wzniesionej  autostrady.  Miasteczka strzeże zamek warowny posadowiony na skale, a do Boga można się zwrócić w kilku pięknych kościołach, gdzie figury Matki Bożej przyodziane są w prawdziwe ubrania, haftowane suknie i koronkowe welony.

Ludzie tu mają szczególny dar wciskania swoich aut w każdą wolną przestrzeń, na której można parkować. Zawisają te auta na schodach, przytulają się do ścian, wypełniają wnęki w murach, aż na usta ciśnie się pytanie – jak on tu u licha stanął?!  Taki talent, którego zazdroszczę, bo my się naszych aut boimy, czy o nie boimy, dużo miejsca trzeba, żeby lawirować, a tu stają ciasno, jakby jakaś wielka ręka je powkładała z góry, jak klocki.

Ulice poza starówką pozbawiono chodników,  więc pieszy musi być uważny. Przemykamy się ostrzegane klaksonami, przyklejamy do ścian, żeby przepuścić samochody i przebiegamy szybko przez jezdnię ścigane przez auta, które znienacka wychynęły zza ostrego zakrętu.

W powietrzu rozchodzi się hałas silników i śpiew ptaków. Co jakiś czas z głośnym szumem przebiega pociąg.

Na deser przedwieczorne popijanie miejscowego wina  z widokiem na piękno okolicy. Dolce vita.

Tags: , ,

2 Responses

  1. ALICJA

    kOCHANA ZOSIU! NAJMNIEJ 100 LAT W SZCZESCIU I ZDROWIU.ABY STARCZYLO CI SILY NA OBJECHANIE RESZTKI SWIATA KTOREJ JESZCZE NIE WIDZIALAS;))
    CIEKAWIE OPISUJESZ TWOJE DOSWIADCZENIA PODROZNICZE.AZ CHCIALOBY SIE TAM POJECHAC:))
    DUZA URODZINOWA BUZKA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.