Rowerem wokół Jeziora Bodeńskiego

By Madamka • Wzdłuż Renu 2018 • 22 Lip 2018

Wrocław ma bezpośrednie loty do Bazylei, godzina startu odpowiednia (11.50), bilety są tanie ( 60 zł za siebie i 130 za rower), więc projekt wyprawy rowerowej wzdłuż Renu miał solidny początek. Zapakowałyśmy więc z siostrą nasz ekwipunek do rowerowych kartonów i już o wpół do drugiej wyszłyśmy z dworca lotniczego w Szwajcarii. Poznałyśmy w drodze sympatycznych ludzi, Irenę i Juliana, Polaków mieszkających po francuskiej stronie lotniska, którzy troskliwie się nami zajęli i odwieźli na dworzec kolejowy, skąd miałyśmy pociąg do Radolfzeel, miasteczka leżącego na północnym krańcu Jeziora Bodeńskiego.
Wszystko tego dnia układało się świetnie, połączenie było szybkie, chociaż rowery do rowerowego wagonu trzeba było wnieść po stromych schodkach ! i wieczorem rozbiłyśmy mój wysłużony namiot na brzegu jeziora. Kampingów tu jest sporo, choć uważam, że przy tej liczbie letnich turystów – jednak za mało. Wszystkie przepełnione, a z jednego odjechałyśmy z kwitkiem, tak był zapchany. Namioty są w mniejszości i tłoczą się gdzieś z kraja, a całą przestrzeń wypełniają szczelnie kampery, auta i przyczepy, wokół których tworzy się zadaszenia i w ogóle udomawia. Dziwny to sposób spędzania wakacji, gdy się siedzi w swojej przyczepie pośród morza innych przyczep i patrzy na auto sąsiada z prawej, auto sąsiada z lewej i jeszcze z obu innych stron. Pojąć nie mogę, co skłania ludzi do tego typu zachowania. Przyznać trzeba, że jest cicho, ale to zagęszczenie jest klaustrofobiczne.

Ceny w campingach niemieckich, bo spałyśmy w kilku,  wahają się od 6 do 12 euro za osobę, namiot jakieś 5-6 euro. Po szwajcarskiej stronie 10 franków/os i 4 franki namiot. Są też miejsca niezrozumiale drogie, w jednym szwajcarskim, z trudem znalezionym, bo oznakowanie było fatalne, ubyło nam z budżetu 43 franki. Trzeba pamiętać, że za leżenie na 3 metrach kwadratowych gołej gleby.
Obserwując to wszystko z bliska zapragnęłam wszcząć agitację za tym, by prawdziwi podróżnicy, tacy, co to z rowerem, namiotem, śpiworem wędrują, byli zwolnieni obligatoryjnie z wszystkich tych wygórowanych opłat jako rodzaj ginący i podlegający ochronie.

Poruszałyśmy się od początku zgodnie z ruchem wskazówek zegara, co miało nam zapewnić jazdę blisko brzegu, tak przynajmniej pisali internauci. Przykro mi, ale to raczej fake news. Wzdłuż jeziora poprowadzono ścieżkę rowerową, asfaltową lub szutrową,która biegnie dookoła, raz bliżej, raz dalej, ale obojętnie w którą stronę się zacznie – jest to ta sama droga rowerowa, o ile ktoś wybiera trakt dookoła, bo innych dróg, w różnych kierunkach jest sporo. Kierunek wskazówek moim zdaniem nie ma tu nic do rzeczy. W każdym razie z Radolfzell skierowałuśmy się przez Allensbach do Konstanz, którą pobieżnie obejrzałyśmy, bo jeszcze będzie po drodze, a potem wsiadłyśmy na prom, żeby z jego pokładu zachwycać się widokiem tego wielkiego jeziora i miasteczek rozsianych nad jego brzegami. Jakieś 40 minut rejsu krystalicznie czystymi, szmaragdowobłękitnymi odmętami jeziora na drugą stronę do Meersburga kosztuje 6 euro za osobę i 4 za rower. Nad naszymi głowami stale krążył sterowiec na pamiątkę swego konstruktora, którego muzeum też można w drodze obejrzeć.

Mersburg jest piękny, podziwiałam tam urocze zaułki, cudne domy obrośnięte bluszczem i zamek, w którego mur wbudowały się nowe budynki. Wąskimi, stromymi uliczkami wśród kafejek, rzeźb i fontann wędrują roje turystów, lato przecież.

Ścieżka rowerowa z Meersburga toczy się blisko wody obok pól, winorośli, sadów jabłoniowych i śliwkowych, w cieniu drzew, wśród gwaru kąpielisk rozlokowanych cyklicznie.

Kolejny nocleg przypadł nam w Fischbach, każdy więc widzi, że dystans zrobiłyśmy niewielki, ale dopiero się rozkręcamy. Nic tam nie było ciekawego, czyjeś dzieci się tylko darły wieczorem, więc nie poświęcę temu miejscu więcej uwagi, no może tyle, że woda była przejrzysta, roje rybek śmigały w niej  w słońcu, a łabędzie i  kaczki wodziły swe młode.

Za to w Lindau  stoi pięknie malowany ratusz renenesansowy, imponujący w swym pięknie, obok ciurka urocza fontanna z amorkami.
Niemcy mają pieniądze na pomniki, dużo ich wszędzie i ładne są, lekkie i niemartyrologiczne. Szczególnie ciekawą fontannę- pomnik obejrzałam w Fridrichhafen, skojarzyła mi się jakoś z Diuną Herberta, sama nie wiem dlaczego, ale skojarzenia biegną swoją nierozsądną drogą.Jakieś to było nie z tej planety.
Krótki fragment wybrzeża należy do Austrii,  z największym miastem Bregenz, gdzie w wodach jeziora postawiono scenę teatralną, na której latem każdego roku wystawia się znane opery. W tym roku jest to Carmen. Bilet kosztuje 50 euro, przynajmniej na te nieliczne miejsca, które jeszcze zostały. Niestety premiera jest dopiero 19 lipca, a my w tym czasie będziemy już daleko.
Kolejnego dnia, a był to czwartek i czwarty dzień naszej wycieczki, przez zbłądzenie trafiłyśmy do uroczego cypelka, gdzie postanowiłyśmy odpocząć. Dzień był piękny, słońce przygrzewało i tak jakoś zostałyśmy do wieczora, a gdy wszyscy sobie poszli, rozbiłyśmy namiot za drzewem, by zasnąć przy dźwiękach żerowanie jakiegoś zwierza. Biwakowanie na dziko jest zabronione, ale zwinęłyśmy się wczesnym rankiem. Byłyśmy cicho i nie śmieciłyśmy, więc natura nie ucierpiała od naszej samowoli.

Gdy przejechałyśmy na stronę szwajcarską, dała się zauważyć różnica w wyglądzie krajobrazu. Szwajcarzy są pragmatyczni, niespecjalnie dbają o piękno, ważna jest użyteczność, stąd ich kraj zabudowany jest pudełkowatymi domami zajmującymi każdą możliwą działkę. Cały teren pozostaje zagospodarowany, jest się w jakiejś totalnej industrialnej wiosce. Obok jednorodzinnego klocka stoi budynek wielorodzinny, dużo technicznych urządzeń, mosty, trakcje, jakieś słupy, a do tego tory, którymi co chwilę przejeżdżają schludne  pociągi. Ścieżka toczy się dużo obok tych torów, więc można się napawać zapachem rozgrzanego nasypu. Na szczęście czasem jedzie się między ukwieconymi domami, czasem nad samym brzegiem jeziora, po którym żeglują liczne łódki i kąpie się ptactwo, czasem wśród pól , niekiedy winnic schodzących ze wzgórz aż do lustra wody.
Granica tak tu jest poprowadzona, że na chwilę znów się dociera do Niemiec, do pięknej  Konstanz i zaraz po wkroczeniu uderza ta architektoniczna różnica, o której wspomniałam. Zaczyna się ścisłe miasto, w odróżnieniu od niemiasta przeznaczonego na przestrzeń między miastami. Uliczki brukowane, gęsto zabudowane kamieniczkami, sklepy i galerie w podcieniach, wielkie kościoły, place wypełnione kafejkami. Wszystko pieczołowicie zachowywane od wieków, zdobione malowidłami, płaskorzeźbami, jakieś ozdobne szyldy, donice z kwiatami, wszystko takie gemuetlich, przytulne. Niemcy są bardzo ładne, z radością się wędruje po tak pięknym mieście.
Wokół całego jeziora można podziwiać domy wzniesione w technologii muru pruskiego, są zachwycające.
W miejscu, gdzie Bodeńskie zwęża się w Ren, stoi prześliczne miasteczko Stein am Rhein. Stareńkie, zachowane z wielkim staraniem, pełne kwiatów, ozdób, malowanych fasad. Chyba najładniejsze, jakie widziałam w życiu. Obejście go trwa może z 2 godziny, ale warto. Posiedziałyśmy tam chwilę z filiżankami kawy , a potem ruszyłyśmy dalej, żeby za kolejne 4 km zobaczyć wodospad na rzece, bardzo wychwalany jako spora atrakcja turystyczna. Jest po drodze, więc obejrzałam, ale z umiarkowanym zachwytem. Ot, woda wzburzona na rzecznym progu. Na brzegu ludzi tłum.
Rheinfall, czyli wodospad Renu zakończył nasz odcinek jeziorny, pora na podsumowanie. Dla mnie był to uroczy czas, jazda po prawie płaskim, niewielki wysiłek w pięknej scenerii, w zetknięciu z wielowiekowym dziedzictwem kulturowym narodów dzielących ten akwen między siebie. Czyli to co lubię naprawdę: natura i kultura.

PS. zazwyczaj nie zajmują mnie ceny i koszty, nie wymieniam ich w swoich relacjach, ale może komuś z kolegów rowerzystów przyda się to do zaplanowania własnej podróży, więc włączyłam. Cały dystans wokół Jeziora Bodeńskiego to 270 km, przeprawa promem skróciła go do 220 km i tyle chyba zrobiłyśmy, choć mój licznik się w którymś momencie wyłączył.

Tags: , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.