Samochód tu to przygoda, czyli Włochy z perspektywy kierowcy

By Madamka • Włochy 2017 • 23 Kwi 2017

Dzień zaczął się raczej niedobrze, bo zaraz rankiem przypomniałam sobie, że to właśnie moje urodziny, już bardzo poważne, więc mi to zwarzyło humor. Przy tym nie chodzi nawet o cyfrę, ale że mimo upływu lat czuję się nadal  niezbyt mądra. To niesprawiedliwe, jakieś wynagrodzenie za siwiznę powinno być, może poczucie, że się coś ogarnia, chociaż tyle.

A to było ledwie preludium, bo zaraz wsiadłyśmy do auta, żeby zwiedzić okolicę. Sprawdziłyśmy na mapie połączenie z drogą 522, która wiedzie brzegiem morza do Tropei, uroczego miasteczko na cyplu odległym o niespełna 30 km. Droga powiodła nas ciasnymi, krętymi zawijasami do centrum starówki, a naprawdę przestraszyłam się na bardzo stromym podjeździe tuż u stóp piazza, bo widać na rynek trzeba wjechać, żeby opuścić miasteczko. Nasze auto dorzęziło prawie na szczyt stromizny, ale nie dało rady i zatrzymało się tuż przed wypłaszczeniem. Musiałam powoli zjechać w dół, a nie mam do tego specjalnego talentu i na najmniejszym biegu wspiąć się ponownie. Moje siostry były zielone na twarzach, a mnie serce biło jak szalone. Potem wolniutko ominęłam wszystkie przeszkody w postaci ciasno upakowanych wzdłuż ulic aut tam parkujących i dalej już było luźno.

Szosa do Tropei jest sympatycznym, ukwieconym i osłoniętym krzewami traktem i tylko z rzadka ta przytulność otwiera się na oszałamiający widok lazurowych wód w dole i jasnych murów miasteczek. Spacer po Tropei to podziwianie widoku poniżej skalnego urwiska, na którym została posadowiona, gdzie sanktuarium Matki Boskiej na szczycie wapiennej góry rzuconej na plażę, zaglądanie do sklepików i zakończone fiaskiem próby targowania się, do czego przecież zachęcał przewodnik. Bardzo miło spędziłyśmy tam jakiś czas, chociaż nie odwiedziłyśmy żadnego z dziewięciu średniowiecznych kościołów, nad czym rozpaczała potem moja siostra, po czym skierowałyśmy się na  południe, żeby zahaczyć o Capo Vaticano, najzachodniejszy punkt tej okolicy. Tam też w pewnym momencie trzeba było zostawić auto przed ostrym spadkiem, bo bałam się, że się nań w powrocie nie wdrapię. Pieszo zajrzałyśmy w przepaść w dole, gdzie urządzono hotel i spa przy plaży.

Ostatniego punktu programu, Zungri, sławnego prastarymi jaskiniami, nijak nie dało się odnaleźć. Za radą gps wjechałam w takie dróżki, że z trudem się z nich wydobyłam, a potem toczyliśmy bój ze sobą, bo kazał mi wjeżdżać w każdą ścieżynkę na prawo, ale ja już byłam ubłocona i ostrożna. Wreszcie całkiem zaniemówił, a wtedy drogę wskazał mi staruszek grzejący kości na przyulicznej ławce, który machnięciem ręki posłał mnie w dobrym kierunku.

Zungri jest przereklamowane. Nie mam nabożeństwa do prymitywnych jaskiń zamieszkiwanych onegdaj przez prymitywne ludy, ale moja siostra sfotografowała tam każdą dziurę. Małe muzeum, gdzie kupuje się bilet ma ciekawą wystawę sprzętów domowych i gospodarczych z ubiegłego wieku, każde pacholę bym tam posłała, żeby poznało przedmioty, których używali rodzice i dziadowie, a których już nie da się spotkać, np. brzytwę, siennik wypchany słomą, czy sierp.

Wracałyśmy późnym popołudniem, moja siostra gorączkowo naciskała klawisze swojego aparatu, bo gps nadal się buntował, aż nareszcie zaskoczył i – chociaż przez  środek Vibo de Valencia, całkiem ruchliwego miasteczka – ale nas doprowadził do domu.

Piłyśmy wino trzymając kieliszki drżącymi dłońmi, bo drogowe emocje dały się nam mocno we znaki. A propos znaki: oznakowanie dróg bardzo tu skromne, dla ludzi z wyobraźnią.

Tags: , ,

3 Responses

  1. Mirka Woszczek

    Zosiu, przeczytałam dzisiaj twoje dwa wpisy, bo nie wiedziałam, że i tę podróż tutaj opisujesz.
    Taka wyprawa rodzinna ma zapewne swoją moc. I urodziny zawsze mają swój urok bez wzgledu na to ile lat nam stuka. Nie kokietuj czytelników brakiem mądrości , bo nie uwierzę….Sama refleksja nad sobą to już przecież dowód myślenia. Wiesz Zosiu ilu ludzi robi wszystko, by żyć w nieswiadomosci?????
    Buziaki

  2. Mirka Woszczek

    Napisalam dwa razy, bo mój pierwszy komentarz z rana zniknął i myślałam,ze bezpowrotnie- więc napisałam drugi. I wtedy opublikowały sie dwa. Ale dobrych słów nigdy za wiele.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.