Stara dzielnica Dubaju, czyli tradycyjne arabskie miasto

By Madamka • Dubaj • 11 Sty 2017

Najlepsze, starą dzielnicę Deirę, zostawiłam sobie na koniec, żeby to kosmiczne miasto sięgające nieba dachami swych wysokościowców — z dachu jednego młody szejk, książę Hamdan Bin Mohammed Al Maktoum fotografował chmury płynące poniżej, co obejrzałam na jego facebooku –jakoś przywrócić do wymiaru dostępnego zwykłemu człowiekowi.
Z mojego hotelu, który stoi na obrzeżu Deiry i blisko Dubay Creek, która jest raczej głęboką zatoką, niż rzeką, mam dobre dojście do starych suków, złotego i przyprawowego, więc tam się skierowałam. Ta część miasta jest niska, domy kilkupiętrowe, partery zajęte na sklepy, jakoś przytulniej i na miarę pieszego.

Wejścia na suki są drewnianymi bramami, sufity też w drewnie, a wzdłuż wąskich uliczek mnogość małych sklepików. Przed każdym naganiacz, nie da się wręcz odmówić prośbom o wejście, żeby tylko spojrzeć, żeby zobaczyć, bo to nic nie kosztuje. Czasem wchodzę, ale złota biżuteria w arabskim stylu, wytłaczana w arabeski i mocno żółta nie podoba mi się, coś prostszego bym lubiła. Do kramików z pashminą i szalami nie daję się zaprosić, a już te z odzieżą wcale mnie nie zatrzymują. Nie ten styl i nie ta jakość, jakich bym pożądała. Lubię suki ze względu na ich egzotykę, gwar i zapachy. Sprzedawcy są natrętni, jakby nie mieli za plecami eleganckiego handlu w wielkich mallach, jakby tamte wzorce całkiem lekceważyli, a nawet zdają się nie wiedzieć o ich istnieniu. Rozmawiam z kilkoma, tłumacząc, że tylko zwiedzam. Wszyscy są cudzoziemcami, przybyszami z Pakistanu, Egiptu, Filipin, z Indii, całej Azji. Samotni, bo sprowadzenie rodziny do Dubaju znacznie obniżyłoby ich dochody, do domu jadą na urlop raz w roku.

Jeśli chodzi o ludność, populacja rozrasta się błyskawicznie właśnie ze względu na pracowników, ale też rezydentów, którzy od 2002 r. mogą nabywać na własność nieruchomości. Nigdy jednak żaden z nich nie otrzyma obywatelstwa, jest to absolutnie wykluczone, tylko rdzenni Arabowie mają ten przywilej. Statystyki mówią, że w roku 1960, w początkach rządów charyzmatycznego szejka Rashida bin Saeed Al Maktoum zwanego budowniczym Dubaju, liczba ludności wynosiła 40 000 osób. I to by była faktyczna ilość rdzennych Dubajczyków, należałoby do niej dodać oczywiście ilość ze wzrostu naturalnego od tamtej pory do dziś, ale to i tak garstka w tym tłumie 2 200 ludzi kręcących się po mieście plus miliony turystów, w ubiegłym roku ponad 8 milionów.

Obeszłam pracowicie starą Deirę, posłuchałam muezzina, a potem poszłam w stronę rzeki, by tradycyjną łodzią wybrać się w godzinny rejs, typowa atrakcja dla turystów. Potargowałam się i uzyskawszy lepszą cenę 100 dirhamów miast 120, popłynęłam terkoczącą łajbą, by podziwiać stojące wzdłuż brzegu wieżowce o różnorodnych fasadach. Drugi brzeg jest jeszcze niezabudowany, długo płynęliśmy wzdłuż posiadłości szejka, na płocie której powtarzał się znak zakazu fotografowania. Za jej granicą już pracują dźwigi i pewnie przy kolejnej wizycie zobaczę tam nowiutką dzielnicę superwieżowców.
Póki co jednak na wodzie kołyszą się dziesiątki stateczków o pięknych sylwetkach i łódek wzniecających motorowy hałas. Przez nurt przedostać się można miejskim tramwajem, te właśnie łódki pełnią taka rolę i co chwilę kolejna odbija od nabrzeża z pasażerami siedzącymi na środkowej ławie, za biletami jednodirhamowymi, taniutko.
Po drugiej stronie też stara część, Bastakiya, z knajpkami na wybrzeżu, sukiem w głębi i wąskimi uliczkami, gdzie znalazłam hinduską świątynię i gdzie odpoczęłam w kawiarni patrząc na życie kłębiące się na wodzie i nabrzeżach.

Zmęczona, zadowolona, pełna wrażeń, opuściłam o kolejnym świcie to dziwne miasto, gdzie obok siebie stoją osiedla jak z filmów kosmicznych i stare arabskie enklawy, z postanowieniem powrotu na trochę dłużej.
Ale ja tak mam w każdej podróży, wszędzie chcę wrócić, lepiej poznać…

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.