Terra Australis czyli ziemia południowa

By Madamka • Australia 2016 • 19 Cze 2016

Najpierw trzeba doń dotrzeć, co jest sporym wysiłkiem i dla organizmu, i dla kieszeni. Połączenia samolotowe są dość drogie, bo odległość ogromna. Lecę linią Emirates, o której mam dość dobre zdanie, z międzylądowaniem w Dubaju i noclegiem w lotniskowym hotelu. Dzięki temu długi lot rozbija się na dwa strawne odcinki, w czasie których — dzięki Ci, Panie! — nie mam sąsiadów na siedzeniach obok, więc wyciągam się wygodnie i dostarczam sobie komfortu, na ile warunki pozwalają. Czytam popijając wino aż do Dubaju, a potem czytam sącząc piwo aż do Perth.

Dubaj, mimo już kilkakrotnych tu wizyt, to tylko wielkie, bogate lotnisko i widok miasta z okienka samolotu, widok zawsze zamglony, niewyraźny i szybko zacierający się w miarę wznoszenia się maszyny, co jest dla mnie niezrozumiałe, bo dlaczego na pustyni, w jaskrawym, południowym słońcu, jest taka zła widoczność? Smog? Pył w powietrzu niesiony wiatrem?

W Perth czeka na mnie siostrzenica i lewą stroną jezdni zawozi do domu.
Australijczycy to anglosasi, więc kto był w Londynie lub w Stanach, ten wie, jak ta nacja mieszka . Centrum miasta z wysokościowcami, a dalej już tylko kilometry przedmieść z gęsto usadowionymi przy sobie parterowymi domkami. Dlaczego się tak tłoczą?
Gdy następnego dnia wychodzę na spacer, przed oczami mam schludne osiedle takich domków stojących na miniaturowych działkach dających tyle przestrzeni, co na metrową ścieżkę wokół każdego budynku. Od sąsiada mieszkającego na wyciągnięcie ręki oddziela go metalowe, zwarte, wysokie ogrodzenie. Od frontu każdy ma maleńki ogródek z krzakiem zieleniny, kwiatem lub kilkoma kamieniami obsypanymi żwirkiem lub korą, żeby nie urosło nic zbędnego. Przed wejściem na tarasiku stoją zwykle jakieś krzesła, ale nikt tam nigdy nie siedzi, w pustce ulic rozbrzmiewa tylko mój ćwierkot do malucha, z którym się wybrałam na przechadzkę.
Ludzie tu pewnie mieszkają, stoją samochody na podjazdach i doniczki w oknach, lecz ani ich widać, ani słychać. Jestem sama na ulicach, sama w parku i sama na ścieżce wzdłuż jeziora. Czasem ktoś się przemknie z psem na smyczy, albo rowerzysta, czy biegacz, ale to nie zmienia mojego poczucia, że to puste miejsce.
Jest bardzo cicho, bardzo czysto i zadbanie. Krawężniki chodników są spadziste, łatwo z nich stoczyć wózek, taka mała rzecz, a podnosi komfort życia. Niestety, ławek przy ścieżkach nie widać, trzeba trochę poszukać, zanim się jakąś znajdzie. Brakuje wysokich drzew, nie ma na nie miejsca w tłocznej zabudowie ulic.
W parku, w przytulnym miejscu, obok akwenika ze stadkiem kaczek, ustawiono osiedlowy grill i stoły, gdzie można zaprosić znajomych i wspólnie spędzić czas. Jest to dość lubiana rozrywka.

Australijczycy całe dnie spędzają w pracy, więc dopiero w weekend się ich widzi, biorą udział w przeróżnych wydarzeniach lokalnych, czego świadkiem byłam w sobotę, gdy na pobliskim jeziorze rozgrywano zawody kajakarskie. Młodzież wiosłowała, a starsi licznie posiadywali na brzegu w krzesełkach, obserwowali i zjadali kanapki kupione na pobocznym stoisku.
W osiedlach, które są sypialniami, nie ma barów, knajpek, ani sklepów. Do dużych supermarketów dojeżdża się samochodem i tak też się porusza wszędzie. Komunikacja publiczna istnieje między osiedlami a miastem, do tego w samym Perth kursują bezpłatne autobusy. Bardzo mi się to podoba, bo gdy ludzie mają do dyspozycji bezpłatny transport publiczny, rezygnują z używania własnych aut i jest to korzystne dla środowiska.

Perth jest ładnym, zadbanym miastem położonym malowniczo na dwóch brzegach rzeki Łabędziej, zielonym, schludnym i miłym dla oka. Co się dało zachować z dawnej architektury, pieczołowicie zachowano, więc się zdarza wśród szklanych wieżowców zobaczyć wiktoriański budyneczek lub nieduży kościółek.
Wdzięku okolicy dodaje obecność kilku wzniesień, z których pięknie widać panoramę metropolii.
Wędrując ulicami Perth miałam w pamięci kilka liczb zaczerpniętych z Wikipedii.
Australia to przeszło siedem i pół miliona kilometrów kwadratowych przestrzeni zaludnionych przez niespełna 24 miliony ludzi. To średnio 3 osoby na km2. W zachodniej części kontynentu gęstość zaludnienia jest jeszcze niższa — 1 osoba na km2.
I to się czuje.

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.