W Dubaju, czyli w przyszłości

By Madamka • Dubaj • 11 Sty 2017

Dubaj z powietrza zamglony, niewyraźny, drobinki pustynnego piasku zagęszczają atmosferę i ograniczają widok. Z mniejszej wysokości widoczna siatka geometrycznych, szarych brył rozrzucona w szarobeżowej, bezroślinnej pustyni. I morze.
Po wylądowaniu za typowymi zabudowaniami lotniska dostrzegam w dali sylwetkę Burj al Arab, siedmiogwiazdkowego złotego hotelu, jednej z ikon tego ciekawego kraiku.
Samo lotnisko jest imponujące, bogato zdobione, kolumny, złocenia, wodospady, lśniące podłogi, sklepy ze złotem. Przestrzeń w poziomie i w pionie. W gromadach spieszących ludzi wyróżniają się mężczyźni odziani w długie, białe galabije i białe, przytrzymane czarnymi krążkami chusty na głowach. Nie wiem, czy to Dubajczycy, bo tak samo są ubrani pracownicy lotniska na bramkach, a siłą roboczą tu w większości są najemni Azjaci. Taki strój etniczny potem widzę kilkakrotnie na ulicach i w centrach handlowych, zawsze wygląda egzotycznie, bo jest rzadkością. To samo dotyczy tradycyjnego ubioru kobiecego, raczej niewidoczny. Kobiety w spodniach i tunikach.

Po zaopatrzeniu się w kartę przejazdową wsiadam do metra, by dotrzeć do hotelu Hyatt, korzystnie usytuowanego w pobliżu starej dzielnicy Deira i tuż przy stacji, co bardzo ułatwiło zwiedzanie. Przechodnie, niezmiernie życzliwi i pomocni dotaszczyli moją wyładowaną alkoholem walizę do drzwi hotelowych, choć nie prosiłam o to, a nawet się lekko wzbraniałam. To, a także ogólna czystość panująca wokół, nastroiły mnie bardzo optymistycznie i w tym nastroju rozpoczęłam zwiedzanie.

Dubajskie metro — jest obecnie największym metrem całkowicie sterowanym automatycznie bez maszynistów (Driverless) — ma dwie główne linie, czerwoną i zieloną, a z linią czerwoną jest skomunikowany miejski tramwaj, na planie metra oznaczony kolorem pomarańczowym. Takim właśnie połączeniem dotarłam do jednej z kilku sztucznych wysp, palmy Jumeirah (Arabic: جميرا‎‎‎, „Beautiful”), usypanej na płytkich przybrzeżnych wodach za niesamowite pieniądze.
W głąb wysepki dowozi turystów za cenę 25-u dirhamów specjalny pociążek — do przystanku którego prowadzi turystę skomplikowany trakt z windami i wędrówką przez wielki garaż — sunący po jednej szynie i pozbawiony maszynisty. Nikt nie zasłania widoku przez przednią szybę, więc ludzie tłoczą się, by zrobić zdjęcia, a jest co fotografować. Precyzyjnie palmiasty kształt wysepki najlepiej oglądać z wysokości, ale z okien wagonu widać detale– przejrzystą wodę w piaszczystych lagunach między „liśćmi”, stabilny asfalt uliczek zamykanych szlabanami, podwójne rzędy niezunifikowanych domków, soczyście zieloną gęstwę roślin. Domy tu sprzedały się w ciągu trzech dni od wezwania, choć są jednymi z najdroższych nieruchomości w tej części świata. Wszystko wygląda bardzo naturalnie, zamieszkale, trwale, jakby wyspa była tworem natury, nie człowieka. Czytałam gdzieś, że morze się nie poddaje i zatapia ją powolutku, ledwie kilka milimetrów rocznie, ale tego nie widać, wszystko sprawia spokojne wrażenie solidności.

Na szczycie pióropusza postawiono wielki hotel Atlantis, w prześwicie jego charakterystycznej mauretańskiej bramy turyści chętnie się fotografują.
Zwiedzającym dyskretnie ograniczono możliwość rozłażenia się po terenie, mogą pospacerować wzdłuż brzegu, do którego dostępu broni balustrada, posilić się w kilku promenadowych kulinarnych budkach i w restauracji w pobliżu stacji lub wybrać się na objazd wyspy specjalnymi autobusami turystycznymi, bilet kosztuje 150 dirhamów. Ja ograniczyłam się do spaceru przymorską promenadą, z której z podziwem obejrzałam potężny, głaźlasty brzeg – podobno pozycję każdego kamienia wyznaczano z pomocą gps , są więc starannie ułożone, a nie usypane chaotycznie.
Cały ten zamysł –pomijając kwestię na co to i po co, bo piachu, na którym mogą się budować nie brak na lądzie, bez niszczenia przy tym rafy – wzbudził, we mnie uczucie szacunku dla kunsztu inżynierów, którzy go zrealizowali. Warto to zobaczyć, więc szczerze polecam.

Na zakończenie tej wycieczki zaplanowałam pieszą wędrówkę do niedalekiego słynnego hotelu w kształcie żagla, Burj al Arab, co wydawało się możliwe na mapie, ale w rzeczywistości pasma autostrad, rozwidlających się, rozpędzonych, niemożliwych do pokonania, odcięły mnie skutecznie od morskiego brzegu i zmusiły do jazdy metrem. Podobno rodzi się myśl, żeby udostępnić miasto pieszym, ale społeczeństwo dopiero co przesiadło się z wielbłądów w ferrari i jeszcze gardzi chodzeniem na piechotę, jako reliktem biednej przeszłości.

Tags: ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.