W serdecznej przeszłości-radości, choć ten tytuł Wam pewnie nic nie powie, bo jest dla mnie

By Madamka • Polska • 3 Sie 2017

Ale upał! O dziewiątej już trudno wytrzymać na dworze, a my właśnie zaczynamy oglądanie zrekonstruowanej wsi w Muzeum Wsi Lubelskiej tuż przy Lublinie.  Nie chciałam tu jechać, bo już sierpy, czy kosy widziałam, a wydawało mi się, że to tak będzie, jak zwykle: jakaś izba i zebrane stare przedmioty. Ale Krysia się uparła i jesteśmy. I co widzimy? Stworzono tu prawdziwą, rozległą wieś z dworkiem. Z różnych zakątków lubelszczyzny przybyły te chaty, kościół i cerkiewka, na każdej informacja, gdzie przedtem stały. Starannie je rozebrano, a potem złożono na nowym miejscu. Muzeum ma 40 lat, więc jabłonie i śliwy już są dorosłe, wieś wygląda, jakby zawsze tu stała. Można wejść do każdej z chat, obejrzeć wnętrza i sprzęty, stodoły, narzędzia rolnicze. O niektórych opowiadała mama, która się w takiej chacie wychowała,  nie wiem tylko, czy pod strzechą, czy z innym dachem, ale wspominała o polepie. Jesteśmy więc szczerze zainteresowane. Zrekonstruowano też miasteczko, jest spory, wybrukowany plac w centrum, a w domkach naprzeciw – fryzjer, krawiec, poczta, restauracja, dentysta, który wiertło napędzał korbką, słowem wszystko czego ludzie do życia potrzebowali. Przez otwarte drzwi można zajrzeć do mieszkań, można wejść do sklepu, do warsztatu szewca. Bardzo edukujące.

Znowu wracamy do wsi, drogą polną, po jednej stronie żyto rośnie, po drugiej buraki, obok grządki z kapustą, słonecznik się złoci, w ogródkach za patykowatymi płotami kwiaty, malwy i floksy, każda chata nimi zdobna. Na jednym z pól  zboże już w stogach, snopki przewiązane powrósłem. Mija nas wóz drabiniasty, woźnica konia popędza, siano wiezie. Wszystko tak realistyczne, człowiek się czuje, jakby naprawdę obserwował żywą wieś. Z jednej zagród kobieta wychodzi z wiadrem po wodę, a wtedy wracam do współczesności, bo ona kran odkręca, którego nie zauważyłam wcześniej, a potem przez komórkę chwilę rozmawia .Ale, gdy znika w izbie, czas znów przeskakuje o stulecie.

Nie chce się opuszczać tego miejsca, dobrze mi w cieniu z widokiem na uroczą chałupę z miotłą barwnych kwiatów pod oknami. Myślę sobie, że chętnie bym tu zamieszkała wśród tej sielskości, z tymi piaszczystymi dróżkami, kapliczką Jezuska frasobliwego, stadkiem kolorowych kur. Taki odległy, wytęskniony świat, już nie wróci.

Ogarnięta nostalgią siedzę tak w gorącu, aż przychodzi czas na odejście, bo przed nami Lublin, jego odnawiana, ale jeszcze nie odnowiona starówka, pięknie malowana katedra i biały zamek na wzgórzu, z kaplicą fresków, których nam nie pozwolono obejrzeć, bo kaplica nieczynna.

Późnym popołudniem Krysia zwiedza Zamość, a ja, która tu już kilka razy byłam, umieszczam się w cieniu parasola i tylko patrzę na plac pełen ludzi, knajpek, sklepików, cały ten letni gwar.

Kolejny dzień przeznaczony jest na sprawy rodzinne, mamy tu kuzynów, których trzeba odwiedzić, wódka od razu na stole i ciężko się wymówić, kura w rosole i galareta z nóżek, specjały z lat dawnych, już nie jadane, bo u nas kur przecież nie ma.

Przemierzamy powoli okolicę, pola wąskie po obu stronach wąskiej szosy, złoto i żółto od zboża, które właśnie czas zżąć, kurz się niesie za kombajnem w błękitnym powietrzu. Łagodne wzgórza rolne i lasowe, krajobraz wielce urodziwy. W Tomaszowie piękny kościół modrzewiowy podziwiamy, zbudowany podobno bez jednego gwoździa.

Wieczorem ochładza się nieco od burzy, która deszczem zmyła kurz i w rytm deszczowych kropel zasypiam.

Tags: , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.