Wenecja w Australii?

By Madamka • Australia 2016 • 1 Sie 2016

I owszem. Co prawda jedynie jej namiastka, ledwie próba, nawiązanie, ale jakieś skojarzenia jednak wywołuje od pierwszego rzutu oka. Bo i kanały są, i mosty nad nimi przerzucone, i domy wyrastające z wody, i łódki kołyszące się na lekkiej fali, uwiązane przy murze.
Mieli marzenie ci, którzy zaprojektowali Mandurah.
Bardzo mi się tam spodobało. To niewielkie miasteczko, ale tak zbudowane, że można długo błądzić uliczkami wzdłuż wody, czasem chodnikiem, czasem pomostami, przechodzić kładką na drugą stronę, bo morze się wcina w ląd przesmykiem. Wyczuwa się nastrój portu, sugerowany relingami i pomostami z grubych, nierównych desek.
Plażka też jest, niewielka, z długą płycizną, dobra dla dzieci. Rodzice, gdyby chcieli, mogą je obserwować z tawerny usytuowanej powyżej, na brzegu.
Budynki tu eleganckie, bo miejscowość jest zamożna, niewielkie bloki i kilka dużych apartamentowców nad zatoką. Mimo zimy i wietrznej pogody sporo ludzi się kręci, przesiaduje w barach, ogląda pamiątki w hali targowej.

Atrakcją dla turystów są wyprawy łodzią na oglądanie delfinów. Dokuje ich przy brzegu cała flotylla. Gdyby ktoś chciał, można także łódkę kupić, cena przylepiona na jednej– dość sfatygowanej — 24 tysiące.
Godzinna przejażdżka kosztuje tylko 28 dolarów, ale nie skorzystałam. Mam jeszcze w pamięci taki rejs, który sobie zafundowałam na Goa, gdzie spotkanie delfina było gwarantowane.
–Delfin, albo zwrot pieniędzy za rejs, madam!
Potem kapitan łodzi co jakiś czas wskazywał ręką jakiś kierunek i wołał: Delfin! A że nie dostrzegłam szarego grzbietu w szarej wodzie, moja strata, delfiny tam były w obfitości.
Od tamtej pory nie mam zaufania do delfinich rejsów.
Poza tym strasznie wiało, chwilami czułam wręcz, jak wiatr mnie unosi. W taką pogodę pewniej mi na stałym lądzie. Obejrzałam więc wszystkie lśniące w słońcu srebrem metalowe rzeźby o morskiej tematyce, ustawione licznie na placykach oraz aborygeńskie malowidła w centrum kultury. Wygląda na to, że malarstwo zdominowali tu Aborygeni, malarzy innych kultur, czy narodowości jeszcze nie spotkałam. Może nie te galerie odwiedzam, a może mają tu poczucie winy i rekompensują autochtonom lata ucisku? W każdym razie wygląda,że sztuka Aborygenów jest narodową sztuką Australii, chwalą się nią.

Po kilku miłych godzinach przeniosłam się czystą, cichą kolejką dwa przystanki dalej, żeby obejrzeć plażę i wygodną, długą promenadę w Rockingham, już nie tak ładnym, nadmorskim kąpielisku. Nic tam uroczego nie było, ale spodobał mi się pomysł przedstawienia historii miasta, jego sławnych mieszkańców, czy znaczniejszych budynków na metalowych płytkach wkomponowanych w chodnik. Spacer tamtędy na pewno nie jest nudny.
Pobyt umiliłam sobie butelką piwa wypitą w barze nad plażą. Wybrałam najmocniejsze, 6,5% alkoholu i byłabym zadowolona, gdyby nie dziwny, ostrogorzki smak. I barwa czerwonawa. No cóż, powinnam była podejść do kogoś i zapytać, co poleca, to sprawdzony sposób. Nie spodziewałam się jednak takiego okropieństwa.
Do obu miasteczek dotarłam koleją z Perth. Jest to wygodne, pociągi kursują mniej więcej co kwadrans, więc nigdy się długo nie czeka, a oznakowanie jest przejrzyste, nie sposób zabłądzić. Uprzejmi funkcjonariusze kolejowi chętnie udzielają informacji i nawet, gdy się nie końca rozumiemy, bo australijska wymowa jest tak inna, że czasem przeżuwam usłyszane słowa długo i sens chwytam na następnej dopiero stacji, to i tak jest miło, bo zawsze z uśmiechem.

Tags: , , ,

2 Responses

  1. r.w.

    Kiedy w Międzyzdrojach? From Elvis with Love.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.