Wzdłuż Renu od Jeziora Bodeńskiego do Sztrasburga

By Madamka • Wzdłuż Renu 2018 • 27 Lip 2018

Po zakończeniu objazdu Jeziora Bodeńskiego podążyłyśmy zgodnie z biegiem Renu, który w swej górnej części meandruje między górami, chowa się w głębokich nieraz wąwozach, tam, gdzie się ścieżki poprowadzić nie da, więc ją różnie poprowadzono, często pod górkę. Miałyśmy tam trochę ciężko, pokonywania wzniesień nigdy nie lubiłam, ale trzeba było jakoś się wydostać na płaszczyznę, co nastąpiło dopiero za Bazyleą. Starałyśmy się jechać po niemieckiej stronie, jest tańsza, lepiej oznakowana i – jak mówili miejscowi – bardziej płaska. Niemcy zazwyczaj umieszczają drogowskaz przy każdym zakręcie i skrzyżowaniu, a obok znaku szlaku podają nazwy docelowych miejscowości, co bardzo ułatwia orientację. Szwajcarzy stosują tylko symbol czerwonego rowerka, za rzadko zresztą, co nas myliło wtedy, gdy ścieżka oddalała się od rzeki lub przebiegała przez miejscowości.

Eurovelo 15, bo taka jest nazwa tego szlaku, nie obfituje w campingi, a ponadto nikt ich nie reklamuje, nie ma znaków naprowadzających. Gdyby leżały tuż przy rzece, można by się na któryś natknąć, ale to prywatne przedsięwzięcia umieszczane tam, gdzie właściciel ma działkę. Czasem trzeba nadrobić trochę drogi w bok lub w górę, żeby się dostać do celu. Po całym dniu w słońcu, ze skórą słoną od potu jest to uciążliwe podwójnie. Tak nam się zdarzyło w Bad Belingen, gdzie przejechałyśmy kamping, bo nie było żadnych oznaczeń, zawróciłyśmy po konsultacjach z tubylcem, a potem pchałyśmy nasze rowery w górę przez dwa kilometry, w pięknym co prawda krajobrazie, ale byłyśmy nań wtedy obojętne.
Pomijając te trudności trzeba powiedzieć, że Ren jest wspaniałym towarzyszem podróży.
Za Jeziorem Bodeńskim jest to już szeroka, wielka rzeka o spokojnym nurcie,  za Szwajcarią staje się dostojna,  tocząca się leniwie po nizinie, a jej przejrzyste wody pełne są ryb, małych i całkiem dużych, dobrze widocznych z brzegów z powodu jasności toni.
Droga rowerowa czy to ziemna,  żwirowa, czy asfaltowa, biegnie wzdłuż rzeki, czasem wysokim wałem i wtedy rowerzystkę spala słońce, a z rzadka odsuwa się w głąb, w chłód lasu i daję wytchnienie od upału. Nieraz przejeżdża się przez wsie, zawsze wyludnione, o charakterze miasteczek, gdzie nie uwidzi się sklepu, bo handel lokalny w tym kraju już zaniknął, wiec trzeba się naszukać, żeby nabyć swe piwo codzienne. Krajobraz jest zwykle rolniczy, pola już zżęte, ale w sadach owoc jeszcze niedojrzały. Wszędzie przy drogach stoją dawne, rosłe odmiany jabłoni i grusz i dają cień.  Można na jakiś czas zrezygnować ze ścieżki nadrzecznej i pojechać wzdłuż szosy, gdzie zwykle poboczem biegnie dobra i wygodna droga dla rowerów.

W tej monotonnej codzienności pojawił się wreszcie Sztrasburg, miasto stare, piękne, ukwiecone, pełne odwiecznych budowli i szachulcowych domów. W centrum stoi niezwykła średniowieczna katedra, cud inżynierii, architektury i sztuki, zbudowana z czerwonego piaskowca i tak piękna, że trudno oczy oderwać. Potężna, wysoka, z niezwykłej urody witrażami. Zbudowano ją w czasach, które my uważamy za prymitywne. Tłumy ludzi przelewają się uliczkami wokół niej lub podziwiają ją z krzesła w licznych ogródkach kawiarnianych.
Spędziłyśmy tam cudny dzień wędrując najpierw z przewodnikiem, potem same i nawet nam obfity popołudniowy deszcz nie przeszkodził w tym podziwianiu.
Kolejnego poranka wyjechałyśmy w kierunku instytucji unijnych, żeby zobaczyć parlament europejski, ale to nowoczesny, przeszklony walec i mnie się nie spodobał. Można go zwiedzać, przed stróżówką na tabliczce wypisano o której i w jakim języku oprowadzają, zaczynają od 10-ej, ale my byłyśmy tam o 9-ej i nie zamierzałam zwlekać z dalszą drogą. Ponieważ akurat było to we Francji, nabyłyśmy świeżą bagietkę na południowy popas.

No a dalej w sielskiej pustce poranka nad Renem zdarzyła się katastrofa. Jadąc z głową w chmurach nagle usłyszałam silny świst – tylne koło przedziurawione, a ja jeszcze nigdy nie zmieniałam opony w tylnym kole. W przednim zresztą też, ale przednie przynajmniej ogarniam, jak wyjąć. Przebitka zdarzyła mi się w ciągu tych 12-u lat rowerowania ze cztery razy, raz niedaleko domu, dokąd doszłam, raz w Azji, gdzie cała wioska czekała, by mi to koło naprawić, raz kolega pomógł, a tym razem nikogo, bezludnie na 5 km wokoło, no dla mnie rozpacz. Pozbyłam się powoli bagaży i zaczęłam działać metodą prób.
Jakoś się udało zdjąć koło.  Walczyłyśmy sporo z oponą, bo nie chciała zejść mimo użycia łyżki stołowej i łyżeczki do herbaty( w końcu łyżki), ale się w końcu poddała. I wtedy Bóg zesłał parę Anglików w podróży po wale rzecznym, którzy przyjaźnie zareagowali na moje krzyki o pomoc. Kobieta sprawnie w kilka minut załatała mi rozdarcie opony i dętki, a po południu udało mi znaleźć warsztat, gdzie za jedyne 130 euro wymieniono mi je, a także przednie hamulce i licznik. Rower nabrał powabu nowości i śmiga jak świeżo wyprodukowany. Myślę, że pójdę zimą na jakieś szkolenie w naprawianiu rowerów, bo było mi trochę wstyd przed tymi Anglikami.
Na nocleg tego wieczoru dotarłyśmy do kempingu koło  Schwarzach i to było już więcej, niż może znieść zwykły rowerzysta. Wjechałyśmy za szumną bramę, pobrano od nas 25 euro i podążając za meleksem obsługi dotarłyśmy na miejsce, które nam wskazano. Skrawek gruntu między autami, przy ruchliwej ścieżce, pochyły i gruzłowaty. Meleks odjechał, a my usiadłyśmy z piwem, żeby pomyśleć, co z tym zrobić.
Niewiarygodnie to dziwne, że Niemcy tak się skupiają i tłoczą w campingach. Przyjeżdżają kamperami, z przyczepami, z namiotami, stawiają to wszystko jedno ściśle przy drugim, osłaniają parawanami, rozkładają dywaniki i zaczynają wakacje z dziećmi i psami. Tłok jest niewiarygodny, auto przy aucie, przyczepa na przyczepie. Gdy tak gapiłam się na to dziwo, sąsiad z tyłu przytulił krzesełko do swego kampera i zasiadł w nim, by czytać. Jakoś wytyczył swoje terytorium, choć nie wiem jak, bo obok tłoczyło się mnóstwo innych wakacjuszy.

Ludną dróżką naprzeciw nas biegały dzieci, a także pani już dorosła na hulajnodze, śmieszna z wysoko wysuwaną nogą przy każdym odbiciu. Ludzie chodzą z koszykami brudnych naczyń do zmywalni, inni spieszą do łazienek, ruch i gwar, stroje niezobowiązujące.

Co z tego mają, bo przecież nie wypoczynek? Na tym campingu było przynajmniej 2800 ludzi, bo działka obok miała taki numer, ale trzeba przypisać do każdej kilku ludzi, bo Niemcy są rodzinni (dodam, że zdołałam zauważyć tylko 4 pary, które przybyły z rowerem i namiotem). Czyli niezłe miasteczko na 2 hektarach. Prawdopodobnie naród ten lubi się tak społecznie skupiać, być wśród ludzi, ale dla mnie to lekki horror.
Zbuntowałam się więc przeciw zatrzymywaniu się w takich miejscach. Nie da się tam rozbić i spędzić godziwie nocy, więc po co za to płacić?
Dziś jesteśmy za Karlsruhe, infrastruktury turystycznej tu nie ma, żadnego campingu, więc mieszkamy na trawniku przy przystani, na co się zgodził jakiś kierownik. Tylko jeden namiot w okolicy. Nasz.

 

Tags: , ,

One Response

  1. Wiktor

    Czas Cię chyba przeszkolić z wymiany i łatania dętek, to nie takie trudne, jak wrócisz to Cię nauczę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.